Wiedziałam, że mogę
liczyć na moją matkę w razie wielkiej potrzeby. To była wielka potrzeba,
chłopak, któremu oddałam serce, zerwał zaręczyny. Nie chciałam już dłużej po
nim rozpaczać, więc postanowiłam coś z sobą zrobić. Zaczęłam od wykonania
telefonu do mamy, rzadko się kontaktowałyśmy, bo ona stale gdzieś jeździła, o
spotkaniach nic nie mówiąc… Właściwie to
nigdy nie wiedziałam dlaczego i po co tak podróżowała po świecie. Miała większy
pociąg do tego wszystkiego niż ja, ja na razie wolę zostać w Polsce. Nie tak
dawno skończyłam studia i nadal mieszkam w całkiem ładnym, dwu- piętrowym
mieszkaniu w studenckim mieście, Sopocie. Wracając, strasznie się załamałam po
zerwaniu zaręczyn przez mojego lubego. Nawet nie podał powodu! Przez miesiąc
siedziałam na kanapie, oglądając denne telenowele. Czasami przychodziła do mnie
sąsiadka, kobieta w podeszłym wieku, to ona mnie pocieszała. Moi równieśnicy non stop imprezowali, więc na pomoc z ich
strony nie można było liczyć. Dzień dzisiejszy był dniem, w którym to właśnie
postanowiłam wykonać telefon do mamy. Byłam trochę tą rozmową zestresowana, ale
gdy w końcu się uspokoiłam chwyciłam telefon w rękę i wybrałam z książki
adresowej numer. Po trzech sygnałach dało się słyszeć upragniony głos
rodzicielki.
M: Halo?- powiedziała po angielsku
J: Numeru własnej córki nie masz zapisanego?!- spytałam troszkę podirytowana,
już po polsku
M: [T.I]!
J: Tak ja.
M: Potrzebujesz pieniędzy??
J: Raczej wsparcia psychicznego… Pamiętasz Tomka?- wspomniałam o moim byłym
narzeczonym
M: Cały czas mi o nim nawijałaś, trudno go nie zapomnieć. Co się stało?
J: Zerwał zaręczyny!- zaczęłam szlochać
M: Widocznie nie byliście sobie przeznaczeni…
J: A ja go kochałam!
M: Kochałaś…
J: Ale…
M: Daj spokój córcia, nie był ciebie wart. Mam taką propozycję… Mam tak jakby
wolne, także jutro po ciebie przylecę i zrobimy sobie w Anglii małą terapię.
J: Mamo, bardzo cię kocham, ale nie uważasz, że jutro to trochę za szybko…
M: Oj nie narzekaj, lepiej się już pakuj. Spotkamy się na jutro ok. 16 na
lotnisku!- wykrzyknęła, po czym rozłączyła się zanim zmieniłabym zdanie
Nie mając innego wyjścia zaczęłam się pakować. Pakowanie zajęło mi aż trzy
godziny. Od czasu rozstania kompletnie straciłam rachubę czasu, pierwszy raz
spojrzałam na zegarek. Cholera, już
trzecia w nocy.- pomyślałam. Żołądek również dawał już o sobie znać.
Wyjęłam chleb, po czym 6 kromek grubo posmarowałam masłem i położyłam na
talerzyku. Z lodówki wyjęłam karton mleka i usiadłam razem z moją pożywną
kolacją do stolika w salonie. W telewizorze cały czas leciały kreskówki. Wbrew
pozorom, moje zachowania były zupełnie podobne do zachowania załamanej
dziewczyny. Po skończeniu jedzenia wyłączyłam tv i poszłam spać, zostawiając
brudne naczynia razem z kupą innych na niewielkim stoliku.
Obudziłam się o 10 i ociągając się wstałam z wygodnego jak nigdy dotąd łóżka.
Schodząc z sypialni na dół mało co nie potknęłam się o walizkę, przypominając
sobie po co została wyjęta z szafy. Ziewnęłam przeciągle i poszłam do kuchni
zrobić kawę. Dziś mam zamiar pobłądzić po Monte Cassino i wydać pieniądze na
różne głupoty. Mówiąc głupoty nie mam na myśli clubingu, raczej myślę o
ogromnej ilości jedzenia, różnych pamiątek i zbędnych dupereli, które zagracają
dom. Jak najszybciej ubrałam się, spakowałam najważniejsze rzeczy do torebki i
pierwszy raz od paru tygodni opuściłam swoje gniazdko. Postanowiłam jeszcze zahaczyć
o panią Stolarczyk, która to była tą umiłowaną przeze mnie sąsiadką. Gdy
oznajmiłam ją o jej planach była bardzo zaskoczona, ale też zadowolona faktem,
że mam w ogóle zamiar żyć.
Zbiegłam po schodach, parę pięter w dół a następnie udałam się w kierunku
drzwi. Zajrzałam do skrzynki pocztowej, pusto. Przypomniałam sobie, że sąsiadka
przynosiła mi listy od dłuższego czasu. W sumie to byłam z tego zadowolona, ponieważ wszystkie
rachunki miałam zapłacone. Otworzyłam wielkie drzwi i wyszłam z budynku. Do
Monte Cassino mam jakieś niecałe 500 m, także nie zamartwiałam się zbytnio
bolącymi stopami. Moim pierwszym celem było KFC, Mc’Donald był bliżej, ale
wybrałam KFC z powodu darmowych dolewek. Po zjedzeniu poszłam na długie molo.
Zerknęłam na zegarek. Kurwa, 14:30 już!-
pomyślałam. Jak najszybciej skierowałam się do mojego mieszkania. Dosłownie do niego wpadłam i od razu
przebrałam się w przygotowane wcześniej ciuchy. Usłyszałam pukanie do drzwi.
J: Proszę wejść!
pani Stolarczyk: Dziecko, gdzie ty się tak spieszysz?!- prawie krzyknęła
zdesperowana, zachowywała się czasami jakby była moją babcią
J: Za…- spojrzałam na zegarek na telefonie- niecałą godzinę mam być na
lotnisku! Autobusy na lotnisko nie jeżdżą często…
pani Stolarczyk: Nie martw się, mój mąż cię zawiezie!
J: Tak?! Naprawdę?!
pani Stolarczyk: Oczywiście! Uspokój się, Marek bardzo cię lubi…
J: Ojejku! Kocham panią!- powiedziałam przytulając się do starszej kobiety
Odwzajemniła uścisk i skierowała się w kierunku własnego mieszkania. Chwyciłam
torby i wyszłam przed mieszkanie, zamykając drzwi na klucz.
pan Stolarczyk: I jak? Gotowa?!
J: Tak!
Wyszliśmy razem z budynku i wsiedliśmy do mini coopera. Całą drogę
przejechaliśmy w ciszy. Wysiadając z samochodu, pożegnałam się i wręczyłam
niezłą sumkę.
pan Stolarczyk: Ale nie ma za co!
J: Jest.- uśmiechnęłam się ciepło i oddaliłam się od niego
Nie czekałam długo, a podbiegła do mnie uradowana matka.
M: [T.I]!- przytuliła mnie mocno, wtuliłam się w nią równie mocno, by znów
poczuć zapach jej perfum- Wyładniałaś.- powiedziała lustrując mnie wzrokiem, na
co ja się tylko zarumieniłam, a po chwili dodałam
J: Kłamiesz, mówisz tak tylko dlatego, że jesteś moją matką…- udając obrażoną
założyłam ręce
M: Widzę, że już tak bardzo nie rozpaczasz po stracie…
J: Staram się przy ludziach. Tak właściwie to się już mocno wypłakałam i dużo
się wyżalałam poduszce, więc się nie przejmuj. Ale wizyta w Wielkiej Brytanii
nie zaszkodzi! Tylko nie rozumiem po co wydawałaś pieniądze na bilet na przylot
tutaj, żeby z powrotem wrócić… Mogłam sama polecieć do Londynu- mówiłam dość
szybko
M: Już nic nie mów. Kupiłam już bilety, chodźmy na odprawę!
Lot minął szybko, to zapewne przez to, że cały czas wpatrywałam się w chmury i
słuchałam piosenek Joe’a Cockera. Przenosiły mnie do innego świata, tam gdzie
wszystko jest lepsze. Nie ma rozstań, zdrad, przemocy gwałtów, gdzie wszyscy
się kochają. Z tego LEPSZEGO ŚWIATA wypędził mnie głos matki.
M: Jesteśmy.- oznajmiła swoim dźwięcznym głosem
Zawsze była tak pełna życia, jak już wspominałam cały czas gdzieś jeździła,
łatwo znajdowała nowe znajomości. Była moim przeciwieństwem. ONA odważna, JA
nieśmiała.
Skierowałyśmy się do postoju taxi. Mama podała kierowcy adres i usiadła razem
ze mną na tylnym siedzeniu.
J: Tak właściwie mamo to gdzie idziemy?- spytałam się po angielsku, żeby nie
budzić podejrzeń przeczulonego na punkcie osób w moim wieku
M: Zobaczysz…- zmierzyłam ją zdziwionym wzrokiem
Nie jechałyśmy długo, moja rodzicielka podziwiała widoki z okna, natomiast ja
liczyłam włosy na prawie łysej głowie kierowcy. Pan podejrzliwy pomógł nam
wyjąć moje walizki z bagażnika, po czym mama wręczyła mu pieniądze za przejazd.
W tej chwili znajdowałyśmy się prawdopodobnie na obrzeżach Londynu. Skąd wiem?
Mieszkałam w Londynie przez dziesięć lat (bo moja mama była brytyjką) ale z
tego co wiem, dom, w którym mieszkałyśmy jest w posiadaniu obcych mi osób.
Uniosłam głowę, żeby choć zobaczyć, gdzie się znajdujemy. Tego miejsca nie
poznawałam zupełnie. Stała tu całkiem duża villa, płot obrastał żywopłot.
Więcej nie dało się zauważyć, z powodu oblegających wokół kolorowych nastolatek.
Nie podobał mi się taki styl ubierania, ale przecież nie to jest teraz
najważniejsze… Posłałam mojej matce pytające spojrzenie, ona tylko westchnęła
przeciągle i ruszyła w kierunku płotu, posłusznie poszłam za nią. Z trudem
przecisnęłyśmy się przez dziewczyny, mama nacisnęła przycisk domofonu.
Światełka koło kamerki zaświeciły się, a ja stałam cały czas skulona za mamą.
Rodzicielka pomachała do kamerki, a furtka bzycząc otworzyła się. Mama chwyciła
mnie za rękę i pociągnęła do środka, zamykając szybko furtkę. Po tej stronie
było trochę spokojniej, ale nadal byłam oszołomiona. Nacisnęła dzwonek
znajdujący się obok drzwi, a te powoli się otworzyły. Moim oczom ukazał się
wysoki, całkiem przystojny chłopak. Mężczyzną nie można go było nazwać,
ponieważ miał twarz umazaną kolorowymi pisakami i… szminką?!
Lo: Car!- przywitał się (mama nazywa się Caroline)
M: Lou! Kto pozwolił dotykać moich kosmetyków?!
Powoli zaczynałam kojarzyć fakty. Po pierwsze fanki, chłopak kogoś mi
przypominał, ale nie wiedziałam kim mógł być. Dopiero po nazwaniu go Louisem
przez moją matkę zrozumiałam. To on jest tym Louisem Tomlinsonem z One
Direction! Znałam ich z telewizji, z kanałów muzycznych. O akcji polskich
directioners na twitterze mówiono w wiadomościach. Często lecieli w radiu, a
ich fanki organizowały w Trójmieście różne zloty.
M: A tak… Poznaj [T.I].- wreszcie sobie o mnie przypomniała, podałam mu rękę, a
on jak na gentelmana przystało ukłonił się i ją pocałował
J: Możemy już wejść- mówiłam trzęsąc się- Bo.. tu jest trochę zimno…
Lo: Tak, proszę- przepuścił nas w drzwiach
Nadal byłam oszołomiona, jeszcze bardziej niż wcześniej. Kim moja matka mogła
dla nich być?! Przez mój przyjazd tutaj moje życie obróci się o 180 stopni…
_________________________________________________________________________________
Nadal czekam na komentarze... No ale nic :''c Trzeba żyć dalej + dobranoc ;**